I faktycznie. Strasznie ciężko mi było zebrać się do napisania tej notki.
I z jej początkiem jest chyba właśnie najtrudniej.
Ale tyle razy sobie obiecywałam, że nie stracę z pamięci ani jednej chwilki. Najlepszą i najpewniejszą metodą jest zapisywanie myśli. Muszę więc się zmobilizować.
Od czego by tu zacząć :)
Decyzja zapadła na początku tego roku. Pisałam o tym dawno temu.
Później wiele rzeczy uległo zmianie. T. stracił pracę. Moja mama przez pół roku ostro walczyła z rakiem.
To był najgorszy moment z możliwych.
W ogóle to był najgorszy moment w moim życiu. Nigdy wcześniej i mam nadzieję, że już nigdy więcej nie spotkało mnie tyle bólu i smutku co przez te pół roku.
Ale wyszliśmy z tego. Zadrapania i rany pozostały, ale pokonaliśmy największe trudności. Mama zdążyła już być na wakacjach we Włoszech :), wróciła do pracy. Wiadomo, że jest to choroba, która wkrada się w życie już na zawsze. Ale zdarzają się momenty, że zupełnie o niej zapominamy.
T. dostał pracę. Jest pewna, bardzo dobrze płatna. Tylko nie ma go w domu. Przyjeżdża na weekend co dwa tygodnie. Przyzwyczaiłam się już chyba. Najbardziej doskwiera mi brak samochodu. Ale mam nadzieję, że i to niebawem się zmieni. Nie jest łatwo. Strasznie za sobą tęsknimy. Telefon, skype, maile nie wystarczają. Codzienne sprawy, które są teraz całkowicie na mojej głowie zabierają mi sporo czasu.
Plus jest taki, że mam więcej czasu dla znajomych, dla swoich pasji.
W związku z pracą T. tym, że nie ma go ciągle w domu sądziliśmy, że nasz plan powiększenia rodziny nieco przeciągnie się w czasie. O jakże się myliliśmy :P
Kiedy zrobiłam pierwszy test i zobaczyłam bardzo, ale to bardzo bladą różową kreseczkę byłam pewna, że się nie udało. Nie wiem czemu tak pomyślałam. Stwierdziłam, że powinny być dwie mocne różowe krechy. Głupia byłam, wiem.
Komentarz mojej szwagierki "Ola właśnie taka blada była" na temat jej dziś już 8-letniej córki dał mi troszkę do myślenia. Poczekałam do sławetnego "pierwszego dnia spodziewanej miesiączki" i gdy ta nie nastąpiła trzęsącymi rękami wykonałam kolejny test. Był wtorek, 16 sierpnia.
Nie było już żadnych wątpliwości. Wskoczyłam z powrotem do łóżka i pokazałam test T. który od tamtego momentu zachowuje się jakby wygrał milion dolarów :)
Wątpliwości zaczęły się u mnie (i tylko u mnie) od samego początku. "Ale jak to? Dlaczego tak szybko? Wszystkim zajmuje to conajmniej pół roku! Chyba jednak nie jestem na to psychicznie przygotowana" itp. itd.
Nie pamiętam kiedy dokładnie przyszła radość. Te emocje były i są, i pewnie będą, pomieszane.
Przede wszystkim wystraszyłam się co z moją pracą. Mam umowę na czas określony do końca tego roku. Już od dawna było powiedziane, że od nowego roku dostanę umowę na czas nieokreślony. Teraz jestem w stanie zawieszenia. Nie mają obowiązku przedłużać mi umowy na czas nieokreślony.
Powiedziałam szefowi jak tylko się potwierdziło. Powiedział, że głównemu powiemy jak ochłonie nieco po 3 innych ciążach, o których się dowiedział w przeciągu ostatnich miesięcy :)
Zobaczymy, mam nadzieję, że będzie dobrze.
Wracając do samego faktu zaistnienia małego aliena :P
Tuż po wyniku testu poszłam do ginekologa - konowała. Akurat źle trafiłam. Stwierdził, że nic tu jeszcze nie widać, a jeśli test jest pozytywny i nic nie widać na usg to może być ciąża pozamaciczna. Wcale mnie nie wystraszył, w ogóle. Byłam załamana na początku, ale później uświadomiłam sobie, że nie warto przejmować się opinią głupiego lekrza, który ma sławy sprzęt tylko sprawdzić gdzie indziej. Tak też zrobiłam. Odczekałam tydzień i poszłam do poleconego ginekologa.
W 7 tygodniu ciąży moje dziecko (!!!) miało 7 mm :) zobaczyłam je pierwszy raz. Nie popłakałam się, ale byłam blisko! Jak lekarz zmierzył mi ciśnienie i puls stwierdził, że nie będzie ich zapisywał w mojej karcie, bo napewno nie jest to moje normalnie ciśnienie :P
W piątek miałam kolejną wizytę, bo wystąpiły niewielkie problemy - na szczęście już pokonane przy pomocy duphastonu :)
Maluch ma już cały 1 cm i widziałam jego bijące serce. NIE SA MO WI TE!
W centymetrowym ciałku bije serce. Dla mnie kosmos i coś nie do ogarnięcia rozumem.
Chodzę do pracy, po pracy śpię około 40 minut do godziny. Muszę jeść bardzo regularnie, co 2 godziny bo inaczej robi mi się niedobrze, ale nie wymiotuję, nie mam zawrotów głowy. Nie mam obrzęków nóg ani bolących piersi. Gdyby nie zdjęcie usg mogłabym nie wiedzieć, że jestem w ciąży.
Teraz najważniejsze dla mnie jest to, żeby było wszystko ok. Żebym mogła chodzić do pracy, żeby nie miało to wpływu na dziecko. Póki co tak jest, za co jestem bardzo wdzięczna.
Mam nadzieję, że będę miała siłę i ciepliwość. Że damy sobie wszyscy radę.
Cała nasza trójka :)
PS. Czuję, że będzie Lenka mimo, że chcę Kubusia.
PS.2. Moja mama będzie babcią - niesamowite :)
wtorek, 13 września 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarze:
no!
:)
Prześlij komentarz