Ja generalnie nie wierzę w przesądy. Nigdy nie wierzyłam, więc czemu miałabym zmieniać przyzwyczajenia.
Wierzę jednak od zawsze w moc sylwestrowo/noworocznej nocy. Wiele lat spędzałam je samotnie lub nie z tymi osobami, z którymi chciałam. Później los się odwrócił i każdego sylwestra spędzałam w towarzystwie mojego obecnego męża. Zawsze zaczynaliśmy nowy rok słowami, że wytrwamy razem kolejny rok bez względu na to co by się działo. Że razem wszystko jesteśmy w stanie pokonać i że nic złego nas w tym roku nie spotka, wręcz przeciwnie, że będzie on lepszy od poprzedniego.
I nie wiem jak to wytłumaczyć, ale zawsze mieliśmy rację. Niby jakoś rewelacyjnie nie było, ale pomalutku do przodu. Wszelkie nieszczęści omijały nas szerokim łukiem.
Ten sylwester był inny. Po raz pierwszy spędzaliśmy go osobno. Ja na mrozie z ludźmi, których mało co znałam - bardzo mili, ale jednak obcy, a on w łóżku - skończył zabawę po 22. Znam go 7 lat i pierwszy raz się upił. Klątwa zarzyganego kibla jak to mówią jego koledzy. Każdego musi spotkać. Tylko czemu akurat w sylwestra, który jest dla mnie, dla nas jakimś nowym początkiem.
Pierwsze o czym pomyślałam wtedy, o 24.00, to to, że nikt mi nie powiedział "Zobaczysz, damy radę, ten rok będzie tylko lepszy".
Wiem, że to głupie i naiwne w to wierzyć, ale z każdym miesiącem jest coraz gorzej.
Mieliśmy milion planów, które miały być zrealizowane właśnie w tym roku. Ale najprawdopodobniej nie będą zrealizowane. Wszystko kręci się w kółko, a ja każdego dnia po przebudzeniu zastanawiam się co tym razem mnie spotka.
Najpierw T. stracił pracę i szuka jej do dzisiaj. Początkowo pomagali nam rodzice, ale ich oszczędności też się kończą. Niby coś tam zaczyna w jednej bardzo znanej firmie, ale nie daje to nam gwarancji pensji od zaraz i wiąże się z dużym ryzykiem.
Rozkręcanie własnego biznesu to przede wszystkim ogromna inwestycja. Kiedy już byliśmy pewni, że ruszamy w maju - skończyły się fundusze. I stoimy w miejscu.
Powoduje to ciągłe kłótnie i brak cierpliwości. Bo on już nie chce słuchać, że MUSI znaleźć prace natychmiast, a ja nie mam już na tyle energii by być silną kobietą, która mówi "zobaczysz, będzie dobrze".
Plany powiększenia rodziny zostały odłożone na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Puentą była wiadomość o poważnej chorobie mojej mamy.
Poprostu boję się co jeszcze czeka za rogiem.
Jeśli Ktoś Tam sprawdza, ile jestem w stanie znieść to chyba jestem na finiszu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarze:
trzymaj cię Kochana. wierzę, że wszystko się ułoży, dla mamy uściski!
Prześlij komentarz